Zabawy i zwyczaje

Na domowych zabawach bawiono się przy napitku grą w mruczka, kości, warcaby i karty lub tańcami. Z gier karcianych znano: pikietę, jednotrzydzieści, wózek (dureń), flusa. Z tańców znano: cenar, świeczkowy, gniewus, lipka, taniec Macieja, Konrata, wyrwaniec, padwan, galarda, kapreola, bergamoszka itd.

Młodzież obojga płci zabawiała się różnymi igraszkami uczciwemi a to w godziny wieczorne, najwięcej w dni uroczyste, aby się w próżnowaniu nie nudziła. Te zaś igraszki działy się w obecności starszych, dozierających przystojności i z młodocianych krotochwil ukontentowanie dla siebie znajdujących; a czasem do takich igraszek miedzy młodzież mieszających się. Te zaś igraszki były: ślepa babka, gdy jedna osoba z zawiązanymi oczami, póty musiała biegać po izbie, póki drugiej z kompanii grających nie złapała. Ci zaś wszyscy, którzy grali rozpierzchnąwszy się po izbie, powinni byli jękiem odzywać się ślepej babce; ale jęknowszy, co prędzej uchodziły w inne miejsce – przeto trudne było schwytanie; złapany lub złapana musiał znowu biegać po izbie, z zawiązanymi oczami, póki innej nie złapał osoby.

Druga igraszka należała na pytaniach i odpowiedziach, na przykład, pytanie wzięto: "na co się słoma przyda?" każdy za koleją musiał odpowiedzieć i to szło w kolej do kilku razy; więc kiedy się przebrało odpowiedzi coraz nowych, gdyż powiedzianych powtarzać nie wolno było, rosła więc trudność, zatem kto nie mógł wprędce odpowiedzieć, musiał dać fant, który po skończonej grze musiał wykupić jakąś pokutą od siedzącej wedle siebie osoby naznaczoną, np. kazano mu przynieść węgiel rozpalony w uchu – a to znaczyło ucho od klucza.

W rekreacye bawiła się młodzież na wolnym powietrzu piłką i palcatami – oraz psotami, żydom zwłaszcza wyrządzanemi.

Przy szynkowniach bywały zwykle kręgle. Oprócz grających stała obok kupka widzów, którzy między sobą robili zakłady, kto wygra, lub kto ile kręgli w danym rzucie zbije.

Z braku dzisiejszych teatrów, koncertów, spacerów, spędzali mieszczanie czas w domu, w gospodach cechowych, w piwiarniach, winiarniach i miodosytniach. Tu porządne mieszczanki rzadko uczęszczały. Zresztą głęboka religijność ówczesna wymagała tylu rozmaitych praktyk duchowych, że po nich i po zajęciach zawodowych nie wiele czasu do zabawy zostawało.

Uroczystości publiczne jak koronacye, wjazdy, pogrzeby królów i królowych, hołdy, turnieje przedstawiały od czasu do czasu zajmujące widowisko. Turnieje odbywały się tylko przy największych uroczystościach np. w r. 1528 był turniej na rynku wobec króla, posła cesarza Maksymiliana, baronów i panów, w r. 1583 przy przyjeździe Batorego itp. w XVII wieku ustały zupełnie.

Maszkary czyli maskarady były ulubioną zabawą w zapusty. Niekiedy jednak miało miasto wspaniałe widowisko z maszkar, gdy je urządzał dwór królewski np. na weselu Jana Zamoyskiego z Gryzeldą Batorówną (1583). W czasie wesela Zygmunta III z arcyksiężną Konstancyą (1605) zabawa odbywała się na rynku, której królestwo z okien się przypatrywali, a głównym punktem były turnieje i maszkary: "jako najprzód świat królewski, który Atlas i Herkules dźwigał. Nuż okręt starosty piotrowskiego, na którym była strzelba przyprawna i rac pełno. Więc bata Bekieszowa z strzelbą także i hydra krajczego koronnego i tryumfy Persei, podczaszego litewskiego. Nuż ziemia Stanisława Stadnickiego. Więc góra zapalona, którą krokodylowie wieźli, starosty chęcińskiego. Potem po persku przejechali Jazłowiecki, starosta śniatyński i Sieniawski podczaszy koronny, przy których szli Mazurowie dość pięknie i kosztownie ubrani. Potem cztery pary z sobą goniły: najprzód Niewiadomski z Zawiszą, starosty śniatyńskiego sług trzy pary, Koryciński z Widrowskim, Górski z Żaboklickim i Karkowski z Tuszowskim. Nagotowało się ich było więcej, ale król nie dał im gonić, albo że czas był krótki, albo żeby się nie poobrażali w turnieju, bo ta gra tak umie. Potem sam król w maszkarach obyczajem włoskim gonił, a za nim innych bardzo wiele, którzy także w maszkarach wszyscy byli".

Zapusty – zwłaszcza ostatnie dni, były czasem swawoli i pustoty. Wówczas, jakby dla rozweselenia przed zbliżającym się wielkim postem, surowo wówczas przestrzeganym, roiły się ulice od swawolników. Zamożniejsi pijanice przechodzili się z muzyką, inni przebierali się w maszkary za błaznów, staroświeckie osoby duchowne i świeckie, inni wdziewali maszkary białogłowskie, murzyńskie z brodami, wąsami, jeden trzymał w kuflu drożdże częstując nimi przechodzących dla żartu, inny chodził z flaszką i zapraszał do napitku, a gdy kto sięgnął po kieliszek, sam wypijał gorzałkę.

W tłusty czwartek urządzały sobie przekupki krakowskie ochotę zwaną combrem, babskim combrem: najmowały muzyków, naznosiły rozmaitego jadła i trunków i w środku rynku, na ulicy, choćby po największym błocie tańcowały, a kogo tylko z mężczyzn mogły złapać, ciągnęły do tańca. Chudeuszowie i hołyszowie dla jadła i picia sami się narażali na złapanie, a jeżeli ktoś z dystyngowanych nadjechał albo nadszedł na ten comber, wolał się opłacić, niż po błocie a jeszcze z babami skakać.

Po zapustach następował surowy post rozpoczynający się popielcem. W ten dzień w kościołach dawano ludowi popielec, to jest przyklękającym przed wielkim ołtarzem lub innym, pobożnym, po odprawionej mszy świętej, ksiądz posypywał głowy popiołem z palmy w kwietnią niedzielę święconej upalonym, przypominając ludowi tym sposobem, że kiedyś w proch się obróci.
Na ten popielec zjeżdżali się i schodzili do kościołów wszyscy katolickiego wyznania, panowie nawet najwięksi nigdy go nie opuszczali. Ale że nie wszyscy byli sposobni we wstępną środę do przyjęcia tego obrządku, przeto dawano go po raz drugi po kościołach, mianowicie po wsiach, w pierwszą niedzielę postu. Taka zaś była pobożność Polaków pod panowaniem Augusta III w latach początkowych, że nawet chorzy nie mogąc dla słabości przyjąć popielca w kościele, prosili o niego, aby był dany w łóżku.
Druga ceremonia nie kościelna, ale światowa z popiołem, bywała długo w używaniu po miastach i po wsiach, która zwisła na tem, że jaki młokos przed przechodzącą lub też za przechodzącą niewiastą, albo jaka dziewka przed lub za przechodzącym mężczyzną rzucała o ziemię garnek popiołem suchym napełniony, trafiając tym pociskiem tak blisko osoby, że popiół z garnka rozbitego wzniesiony na powietrze, musiał ją obsypać albo obkurzyć. Co zrobiwszy swawolnica lub swawolnik, zawoławszy "popielec" mości panie lub mościa pani, albo panno, uciekł; że zaś nie każdy mógł znieść cierpliwie taki ceremoniał, sukni i oczom szkodliwy, mianowicie gdy między osobą czyniącą i cierpiącą żadnej przyjaźni i znajomości nie było, trafiało się, że stąd wynikały zwady i bitwy, tak ta ceremonia niedługo ustała przeniosłszy się z katolików na samych żydów, których afrontować i nie tylko garnkiem popiołu za plecy zwalić, ale też i kijem postraszyć za lada okazyą we zwyczaju było.

We wstępną środę czeladnicy poubierawszy się za dziadów i cyganów, a jednego z między siebie ustroiwszy za niedźwiedzia, czarnym kożuchem, futrem na wierzch obróconem okrytego, wodzili od domu do domu dokazując i zbierając za to datki.
Zaś przy kościołach chłopcy, studencikowie, czatowali na wchodzącą do kościoła białą płeć, której przypinali na plecach kurze nogi, skorupy od jaj, indycze szyje, rury wołowe i inne tym podobne materklasy; tak zaś to sprawnie robili, że tego osoba dostająca nie czuła, bo to plugastwo było uwiązane na sznurku lub nici, do której była przyprawiona szpilka zakrzywiona jak wędka, więc chłopiec do takich figlów wyćwiczony, byle się dotknął ową szpilką sukni wraz i figla na osobie zawiesił. A to o tem nie wiedząc, pięknie przybrana i częstokroć będąca dystyngowaną, postępowała w kościół z dobrą miną, gdy tymczasem wiszącym na plecach kawalcem, pustym głową śmiech z siebie czyniła, póki na koniec od kogo roztropnego nie została uwolniona od zawieszonego przedmiotu.

W niedzielę palmową żaki przebierały się za kuglarzy, prawili fraszki i zbierali datki.

W wielki tydzień we środę po ciemnej jutrzni w kościele był zwyczaj, iż na znak tego zamieszania, które stał się w naturze przy męce Chrystusowej, księża psałterzami i brewiarzami uderzali kilka razy w ławki, robiąc tym sposobem łoskot. Chłopcy swawolni naśladując księży, pozbierawszy się do kościoła z kijami, tłukli nimi o ławki z całej mocy czyniąc grzmot straszliwy, póki dziadowie i słudzy kościelni nie wyparowali ich z kościoła. Wtedy swawolnicy robili bałwana ze starych gałganów, wypchanego słomą udającego Judasza, wyprawili kilku na wieżę kościelną a sami czekali pod nią z kijami. Skoro Judasza zrzucono z wieży, ciągnęli go za sznur u szyi uwiązany po ulicach, a inni okładali go kijami, póki bałwana w niwecz nie popsuli, a gdy w tej podróży spotkali żydka po drodze, musiał tenże co żywo umykać, aby nie oberwać po skórze.

W wielki czwartek milkły dzwony kościelne, a natomiast klekotem wzywano wiernych na modlitwę.
Klekot kościelny wiele miał części podobnych do tego instrumentu, którym len chędożą i był osadzony na kółkach, jak taczki, dla sposobności toczenia go po ulicy około kościoła, dla oznajmienia ludowi czasu zbliżającego się nabożeństwa.
Jak prędko na wieży kościelnej odezwała się klekota, chłopcy natychmiast nie omieszkali biegać po ulicach ze swoimi grzechotkami czyniąc nimi przykry hałas w uszach przechodzącym. Grzechotka było to narzędzie małe, drewniane, w którem deszczka cienka, obracając się na walcu także drewnianym, pokarbowanym, przykry i doniosły hałas czyniła. Im tężej ta deszczka do walca była przystrojona, tem głośniejszy czyniła łoskot; jedni ja sami sobie robili, drudzy kupowali gotowe kupami na rynku, jak jaki towar od wieśniaków przedawane.

W wielki piątek pobożni ubrani w wory płócienne chodzili po kweście zbierając datki na bractwa. Tak w r. 1604 Dymitr Samozwaniec, późniejszy car moskiewski, kwestował w Krakowie, z późniejszym teściem swoim Mniszchem. Bractwo św. Franciszka miało przywilej wyproszenia w tym dniu jednego skazańca od śmierci.
Braciszkowie (do których w swoim czasie należeli biskupi: Szyszkowski, Zadzik, Gembicki, król Jan Kazimierz) odwiedzali przez cały post więźniów, zasłonieni kapturem, przynosząc im pociechę religijną, pomoc materyalną, wyproszenie od kary. Gdy już bractwu znanem było życie więźniów, dla których łaski prosić miano, zbierano na nich składki. W wielki czwartek robiono ołtarz w izbie pańskiej na ratuszu, do której sprowadzano więźniów. O godzinie 10 rano przybywali kapnicy procesyonalnie pod Ratusz, a starsi bractwa z asystą 6 braci z zapolonemi pochodniami szli do kościoła N.P. Maryi po św. Sakrament, niesiony przez Archipresbitera w otoczeniu duchownych. Po jego odejściu bractwo zasiadało z więźniami do uczty na ratuszu, starsi zaś braccy usługiwali do stołu. Wreszcie pisarz bracki odczytywał nazwiska więźniów, którym łaskę uproszono. Burmistrz całował w czoło uwolnionych, a bractwo ubierając uwolnionych mężczyzn w swe kapy, kobietom głowy rańtuchami osłoniwszy, przyjmowało ich do równości i braterstwa ze sobą. Wyswobodzeni, z jarzącemi pochodniami wracali pośród bractwa do Franciszkańskiego kościoła, jeśli byli między nimi gardłowi (zasądzeni na karę śmierci) nieśli trupie głowy. W kaplicy M. Boskiej Bolesnej słuchali kazania krzyżem leżąc, skąd po udzielonem błogosławieństwie kapłańskiem, dziękując nieznanym swym wybawcom, wracali do domów uwolnieni od kary.

Podczas rezurekcyi mieszczanie dobijali się o zaszczyt niesienia baldachimu nad celebrantem, przyczem nieraz w zakrystyi omal do bójki nie doszło, przy dobijaniu się o ten zaszczyt. Po rezurekcyi odzywały się napowrót dzwony, a milkły hałaśliwe grzechotki.

W święta wielkanocne odwiedzano się wzajemnie, a najubożsi nawet starali się stół obficie jadłem zastawić.

W drugie święto odbywał się śmigus czyli dyngus. Była to swawolna powszechna w całym kraju, tak między pospólstwem, jako też między dystyngowanymi; w poniedziałek wielkanocny, mężczyźni oblewali wodą kobiety, a we wtorek i w inne następne dni, kobiety mężczyzn, uzurpując sobie tego prawa aż do Zielonych świątek, ale nie praktykując dłużej jak do kilku dni.
Oblewali się rozmaitym sposobem; amanci dystyngowani, chcąc tę ceremonie odprawić na amantkach swoich, bez ich przykrości, oblewali je lekko różaną lub inną pachnącą wodą po ręce, a co najwięcej po gorsie małą jaką sikawką albo flaszeczką. Którzy zaś przekładali swawole nad dyskrecyą, nie mając do niej żadnej racyi, oblewali damy wodą prostą, chlustając garnkami, szklanicami, dużemi sikawkami prosto w twarz lub od nóg do góry. A gdy się rozswawoliła kompania, panowie, panie i panny, nie czekając dnia swego, lali jedni drugich wszelkiemi statkami, jakich dopaść mogli; służba donosiła cebrami wody, a kobieta czerpiąc od nich, goniła się i oblewała od stóp do głów, tak iż wszyscy zmoczeni byli, jakby wyszli z jakiego potopu. Stoły, stoliki, kanapy, krzesła, łóżka, wszystko to było zmoczone a podłogi jak stawy wodą zlane. Dlatego gdzie taki dyngus, mianowicie u młodego małżeństwa miał być odprawiony, pouprzątali wszystkie meble kosztowne a sami się poubierali w suknie najpodlejsze takowych materyi, którym woda nie wiele albo wcale nie szkodziła.
Po ulicach zaś w miastach i wsiach młodzież obojej płci czatowała z sikawkami i garnkami z wodą na przechodzących; i nie raz chcąc dziewka oblać jakiego gargasa albo chłopiec dziewczynę, oblał inną jaką osobę słuszną i nieznajomą, czasem księdza, starca poważnego lub starą babę. Kobiety wiedząc, iż im mężczyźni mogą sto razy lepiej oddać, nigdy dyngusa nie zaczynały i rade były, gdy się bez niego obejść mogły; ale zaczepione od mężczyzn podług możności oddawały za swoje.
W trzeci dzień odbywała się gromadna wędrówka na nabożeństwo u św. Benedykta na Krzemionkach (rękawka).

Boże Ciało należało do najwystawniejszych nabożeństw. Wcześnie już polecano zamiecenie i uporządkowanie ulic i rynku, ratusz ubierano gałęziami dębowymi. Jeżeli król bawił w Krakowie, to oczywiście jemu i jego dworowi pierwsze służyło miejsce. Mieszczanie występowali zbrojno z muzyką, cechy z chorągwiami i kongregacya kupiecka prowadząca długie spory o pierwszeństwo miejsca z cechami. Z wieży ratusznej przygrywała druga muzyka procesyi złożonej z niezliczonej ilości księży, bractw w rozmaitych ubiorach, feretronów, chorągwi i tłumów; w orszaku każdej parafii jeden z bractwa dźwigał miedziany kocioł na plecach, w który bito pałkami, wywołując głuchy grzmot wtórujący hukowi strzelb.

W oktawę Bożego Ciała harcujący dzisiaj Konik Zwierzyniecki – przybywa do miasta dopiero od początku bieżącego wieku, po zburzeniu murów miejskich. Była to zdaje się zabawa ludowa, z którą później związano znaną legendę, odnoszącą powstanie konika aż do napadów tatarskich z XIII wieku.
Obchód ten tak się dawniej odbywał: Po skończonej procesyi na Zwierzyńcu przybywało na dziedziniec klasztorny zgromadzenie włoczków zwanych dziś rybakami, mając na swem czele, jednego niosącego cechową chorągiew, a obok niej dwóch starszych z berłami i czterech czeladników z małemi chorągiewkami. Po ich przybyciu wychodziła do okna ksieni i inne zakonnice, wtedy cechowi ustawiali się w koło, niosący chorągiew w środku czynił pokłon chorągwią a potem rozpuszczoną ponad ziemią nakreślał koło, robiąc różne obroty przekonywające o jego sile i zręczności. Wtem poza bramą dziedzińca daje się słyszeć muzyka, na jej odgłos udają się ku bramie, a tu wpada na dziedziniec otoczony muzyką jeden z włoczków po tatarsku ubrany z wielką buławą w ręku, udając jakoby jechał na dzielnym rumaku, a w istocie pieszo skaczący, bo rumak jego jest wypchany i zręcznie przystrojony, rozpoczyna harce ze zgromadzonym ludem, napada na jednych i straszy wypchaną swą buławą, a drugich doprawdy nią uderza. Potem staje przed cechem włoczków a ci podobnie pokłony powyższemu chorągwiami oddają. Na koniec wszyscy poprzedzeni od wojującego z ludem Tatara, zwanego przez lud konikiem, opuszczali klasztor, udając się na zabawę, na którą PP. Norbertanki dostarczały częstacyi.
Po zburzeniu murów miejskich zapuszczał się konik przed  mieszkanie X. Biskupa, aby mu pokłon oddać, później zapuszczał coraz dalej zagony, aż obecnie dociera do pół rynku ku uciesze dzieci i gawiedzi i późnym wieczorem wraca na Zwierzyniec, aby się po trudach wojennych pokrzepić z towarzyszami i muzyką.

W wigilię św. Jana Chrzciciela po nieszporach a czasem twardym zmrokiem i po miastach i po wsiach rozpalano spory ogień na ulicach, który zwał się Sobótką, przez który młodzież obojej płci, najwięcej atoli męskiej, skakała. Ten zwyczaj atoli w średnich latach Augusta III już był konającym, przy końcu zaś lat jego wcale ustał.

Zwyczaj ludowy puszczania wianków ze światłem na rzekę przez dziewczęta, przeniesiono do Krakowa dopiero przed kilkudziesięcioma laty, ozdabiając go śpiewami, muzyką, ogniami sztucznemi itp.

Dzień 11 września za czasów Wolnego Miasta obchodzono uroczyście, jako rocznicę nadania konstutycyi: rano pobudka orkiestry milicyi, o 10 pochód z Senatu z muzyką i 3 kompaniami milicyi do kościoła P. Maryi. O 5-tej po południu następowała zabawa ludowa na plantach, gdzie rozdawano w osobnym namiocie trunki, kiełbasy, ser owczy i owoce. O zmroku ognie sztuczne i iluminacya miasta i wieży maryackiej kończyły uroczystość.

W parę dni potem odpust w Mogile na podniesienie Krzyża św. gromadził Krakowian pod Mogiłę Wandy. W jesieni też najliczniej odbywały się śpiewy wieczorne pod figurami i obrazami świętych pod gołym niebem.

W adwencie dążyli wierni tłumami wśród porannych ciemności, rozjaśnionych tu i ówdzie niesionemi latarkami na roraty.

Boże Narodzenie, święto prawdziwie wesołe, wywołało te skoczne kolendy, które do dziś dnia dotrwały. Żakowie, którzy zresztą wzywani byli za śpiewaków przy wszelkich nabożeństwach, kolendowali po domach obnosząc szopki.
Główne części tekstu szopek dziś śpiewanych jak kolendy, ustępy o śmierci, Herodzie i djable niewątpliwie sięgały dalekich czasów.

Na nowy rok życzono sobie wzajemnie i dawano kolendy służbie, poczem zaczynały się wesołe zapusty. Od czasu do czasu trafiała się niezwykła zabawa dorazowo urządzona i tak spotykamy w r. 1547 w księgach miejskich wydatek na malarza za pomalowanie zasłony na okrycie wołu przy wyścigach konnych, w r. 1541 wydatek na nagrodę w wyścigach i walce końskiej, w r. 1546 nagrodę dla wołu przy konnych wyścigach, nie wiadomo jednak jak się ta zabawa odbywała. W XVI wieku urządził też jakiś przedsiębiorca za opłatą do skarbu miasta, loteryę fantową zwaną faryna.

Na miejscach publicznych pojawiali się czasem kuglarze i pokazujący niedźwiedzia lub dzika na łańcuchu tańczącego, żakowie mieli też kogutów zaprawnych do walki.

Miejsc spacerowych w obrębie miasta nie było właściwie żadnych. Po roku 1772, gdy mury i fosy miejskie poszły w zaniedbanie, wyrównano część tych fortyfikacyj między rondlem Floryańskim a Nową Bramą i tam spacery odprawiano. Za Wolnego Miasta powstały ogrody publiczne Kremera, Krzyżanowskiego, na Pocieszce itp.

Strzelanie do kurka było nieraz obowiązkiem nieraz uciążliwym, mającym na celu przygotowanie mieszczan do obrony miasta w razie potrzeby, z czasem połączono utile dulci, i strzelanie to stało się więcej zabawą niż nauką.

Bractwo kurkowe, konfraternia strzelców, szkoła rycerska, istniała od niepamiętnych czasów – pierwsze wzmianki o strzelaniu do ptaka sięgają roku 1518 – o gruncie na Wesołej na Strzelnicę (Celestat) roku 1487.
W r. 1565 polecił król Zygmunt August także ćwiczenie w strzelaniu z dział za Kaźmierzem. Rajcy uchwalili w XVI wieku pewne fundusze na strzelnicę i nagrody, a króla kurkowego uwolnili na rok od podatków miejskich, król Władysław IV w r. 1635 uwolnił króla kurkowego od podatków publicznych i ceł także na rok, w r. 1765 zamiast tego uwolnienia, dającego powód do nadużyć, przeznaczono 3000 złp. królowi kurkowemu. Zarząd bractwa składał się z kupców i cechowych wybieranych przez strzelców. W ostatnich czasach Rzczplitej mieściła się strzelnica (Celestat) za furtą Mikołajską, w długim wąskim ogrodzie ciągnącym się wzdłuż muru miejskiego.

Strzelanie do kurka, ptaka, zaczynało się w poniedziałek po oktawie Bożego Ciała, po wotywie niesiono kurka z muzyką na Celestat w gronie strzelców. Strącający kurka, a raczej strącający ostatni jego strzęp, zostawał królem i jako godło nosił srebrnego kura naturalnej wielkości darowanego strzelcom przez Zygmunta Augusta (1565). Króla kurkowego zwano także ptasim, ptakowym. Strzelcowi, który zbił strzałem ostatni strzęp kurka, nadsyłano zaraz straż honorową i z muzyką oprowadzano go po rynku, po czym odbywała się uczta strzelców. Jeżeli król był biedny, srebrnego kura, oddawano mu za poręczeniem dwóch obywateli, gdyż kur ten uchodził za wspólne nieocenne dobro miasta, nieraz go też na potrzeby miasta zastawiano. Zdarzało się, że w chwili gdy kura potrzebowano na uroczystość – kur był w zastawie; wtedy wykupywano lub pożyczano przynajmniej od zastawnika. W czasie rewolucyi 1794 roku uwiózł go w przechowanie na Węgry obywatel Wojciech Bartynowski, winiarz, a po wskrzeszeniu towarzystwa Strzeleckiego w r. 1827 oddał go napowrót strzelcom. Dawniej miał ten kur jedno skrzydło podniesione, do którego królowie przyczepiali na pamiątkę medale i numizmaty, potem dorobiono i drugie skrzydło podniesione dla stworzenia miejsca na dalsze dowieszanie pamiątek. Dawniejsze medale zaginęły, zachowały się dotąd tylko późniejsze.


Srebrny kur krakowskiego bractwa